WINTERCAMP – ZAKOCHAJ SIĘ W ZIMIE

Zima zawsze była dla mnie najtrudniejszym okresem w roku. Jestem typowo „ciepłolubna”, człowiek na baterie słoneczne :). Tymczasem w mieście zimno, szaro, przygnębiająco. Nic nie kusi tak, jak gruby koc i kubek gorącej herbaty w dłoni. W tym roku zrobiłam sporo, by odczarować sobie tę porę roku i przeżyć ją zgodnie z zasadą wychodzenia poza własną strefę komfortu. Zaczęło się od spacerów, biegania, nart biegowych, ale… apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tak trafiłam… pod namiot. Nie byłoby to niczym wyjątkowym, gdyby nie fakt, że to camping w połowie lutego w otoczeniu pokrytych śniegiem i lodem gór. Wybrałyśmy się z Martą na Wintercamp 2017 – obóz szkoleniowy dla pasjonatów górskich wypraw zimą. Nie polubisz zimy, jeśli jej nie poznasz i nie spróbujesz ujarzmić. Najciekawiej zaś poznaje się ją wtedy, gdy dwie totalne laiczki trafiają na zimowy biwak na Turbaczu.

Etap pierwszy – pakowanie

Na początku ten etap wydawał się najtrudniejszy. Dwie kobiety i mnóstwo rzeczy totalnie „niezbędnych” w górach. Trudność polegała na tym, że nie wiedziałyśmy, co tak naprawdę powinniśmy ze sobą zabrać.Najchętniej wzięłybyśmy wszystko. Z drugiej zaś – doskonale wiedziałyśmy, że plecaki, w które się zapakujemy będą ciążyć z każdym kolejnym krokiem podczas wchodzenia na szczyt. Im mniej rzeczy, tym większa szansa, że uda nam się dotrzeć. Dodatkowym przerażeniem napawał fakt, że pierwszy raz w życiu będziemy spać pod namiotem zimą. Poza ciepłymi polarami, kurtką puchową, kurtką chroniącą przed wiatrem i wilgocią przyda się ciepły śpiwór i gruba karimata. O tym ostatnim boleśnie przekonałyśmy się pierwszej nocy, gdy nasze maty samopompujące okazały się nie do końca samodzielne w tym temacie i spałyśmy praktycznie na zimnej ziemi. Ale cóż – człowiek uczy się na błędach :) Tutaj drobna porada – gdy mata zawiedzie, śpijcie na boku – wtedy mniejsza część ciała dotyka zimnego podłoża. I porada numer dwa – samopompująca nie zawsze oznacza, że nie powinniście pomóc jej w tym pompowaniu własnymi ustami :)

Etap drugi – dotarcie na Turbacz

Dopiero na tym etapie zrozumiałyśmy, że ten pierwszy wcale nie był najtrudniejszy. Wybierając zielony szlak zamiast zielonego bardzo szybko… zgubiłyśmy drogę. A przynajmniej tak wydawało nam się, gdy w pewnym momencie ścieżka skończyła się i szłyśmy brodząc po pas w śniegu. Kolejna drobna wskazówka – idąc na czworakach lepiej rozkładacie swój ciężar, więc mniej zapadacie się w śnieg :) W ten sposób trasa, która żółtym szlakiem zajmuje około 2,5 godziny – nam (bez szlaku) zajęła 5,5 godziny. Trudno o lepszą definicję wychodzenia ze strefy komfortu, gdy jesteś w górach, zaczyna zmierzchać, a Ty nie masz pojęcia, jak długo jeszcze będzie trzeba iść.

Etap trzeci – szkolenia

Totalnie nie wiedziałyśmy, na co się przygotować. Dowiedziałyśmy się wielu rzeczy, o których nie miałyśmy wcześniej bladego pojęcia. Wspinałyśmy się po ściance lodowej, mimo tego, że wcześniej nawet nie wiedziałyśmy, jak trzymać czekan czy założyć raki. Podczas szkolenia lawinowego wykorzystywałyśmy sondy i detektory do szukania fantoma w śniegu. Przedtem nawet nie zdawałyśmy sobie dotąd sprawy, ile wyróżnia się rodzajów śniegu. Na warsztatach outdoorowych miałyśmy okazję poznać granice naszej klaustrofobii wchodząc do wielkiej śnieżnej jamy służącej za bazę noclegową. Potem zaś, słuchając przez dwie godziny wykładu o puchu, jego rodzajach i właściwościach – doszłyśmy do wniosku, że mogłybyśmy słuchać o tym w nieskończoność :)

Etap czwarty – powrót do rzeczywistości

I ten moment. Najtrudniejszy. Kiedy na te kilka dni zapominasz o pracy, obowiązkach, dzikim miejskim pędzie i zatrzymujesz się po to, by popatrzeć na góry, wsłuchać w dźwięk płatków śniegu opadających z samego rana na Twój namiot. Czasem warto się wyrwać, po to by uczyć się cierpliwości, poznawać siebie i ludzi, którzy zarażają pasją i charyzmą.

Warto polubić zimę! :)

M.

IMG_0881

IMG_0920

***

Winter was always the most difficult time of the year for me. I’m „thermophile”, a person on solar batteries :). Meanwhile there is cold, grey, sad in the city – nothing is more attractive than warm blanket and a cup of hot tea.This year I’ve done a lot to make that season better and use my rule of stepping out of comfort zone. At ht e beginning here were walks, running, ski running, but… appetit comes with eating, that’s why I’ve landed.. under the tent. It wouldn’t be anything special despite of fact, it was a camping in February in the middle of mountains covered by snow and ice. Marta and I went to Wintercamp 2017 – the camp training for lovers of winter mountains trips. You won’t like the winter until you decide to get to know it and try to subjugate it. And the most interesting way of getting to know her is when two complete laywomen land on winter camp on Turbacz mountain.

First stage – packing

At the beginning it seems to be the most difficult stage. Two women and a lot of totally „unnecessary” things. First, we didn’t know what we should really take for that kind of trip, so we wanted to take all of ii. On the other hand – we were aware, that our backpacks are going to tend on our backs with every step during trekking through the mountain. Less things means easier climbing and bigger chance that we’ll achieve that peak. The additional reason to be afraid was thought, that first time in our lives we’re going to sleep in the tent during the winter. Despite of warm blouses, fluffy jacket, soft shell jacket – warm sleeping bag and foam mattress. About that last thing we had a chance to find out painfully, when our self-inflating mattress turned out not so self-reliant in this case and we slept almost on the ground. Well – we learn by our mistakes :) And here it is – small advice – when your mattress let you down – sleep on your side – smaller part of your body would touch the cold ground. And second advice – self-inflating doesn’t always mean that you don’t need to help it by your own mouth :)

Second stage – arrival to the Turbacz peak

Just on that stage we’ve realized, that first stage wasn’t the most difficult. Choosing green route instead of the yellow one we really fast… lost our way. At least it seemed like that, when in one moment the trail just finished and we had to go through snowdrifts high to the waist. Another small advice – going on all fours you let you put up your heaviness and less fall into the snow :) This way, the trip which should take something about 2,5 hours by yellow trail – for us (without any trail) took 5,5 hours. It’s hard to find better definition of stepping out of you comfort zone, when you’re in the middle of mountains, sun is going down, the night is coming and you’ve got no idea how long it’s gonna take to get to the hiding place.

Third stage – trainings

On that stage – we totally didn’t know, what we should expect and how can we prepare ourselves. Thanks to that, during training we’ve heard a lot of things, which we’ve never heard before. We were climbing on the ice wall, despite of the fact that before we didn’t even know how to hold an alpenstock or put crampons on your boots. During the avalanche training we used probes and detectors to find the phantom, instead of lack of knowledge about number of types of snow. On outdoor workshops we had a chance to check borders of our claustrophobia by going inside of snow cavity built as a overnight accommodation. And after that, during listening 2 hours lecture about fluff, its types and attributes – we came to conclusion, that we’d listen about it on and on :)

Fourth stage – coming back to reality

And THAT moment. The most difficult one. When you forget about work, duties, wild city rush and stop just for a while to look into the mountains, hear the sound of snowflakes falling on your tent in the morning. Sometimes it’s worth to blurt out to learn how to be patient, get to know yourself and people who can share their passion and charisma.

It’s good to like winter! :)

M.

Dodaj komentarz